Dla wnikliwych

Jak myślano o pieniądzu. Część 6. Bulioniści i antybulioniści

W poprzedniej części tego cyklu (zachęcamy was do jej przeczytania; jest dostępna tutaj) opisaliśmy to, jak ekonomiści myśleli o pierwszych […]

Data publikacji: 30 lipca 2020

bitbay

W poprzedniej części tego cyklu (zachęcamy was do jej przeczytania; jest dostępna tutaj) opisaliśmy to, jak ekonomiści myśleli o pierwszych pieniądzach papierowych, które w Europie zaczęły częściej pojawiać się w XVIII w. Niestety politykom i bankierom zbytnio spodobała się sama idea dodruku banknotów. Spowodowało to wielką inflację. Zwłaszcza we Francji…

Inflacja niszczy gospodarkę Francji

John Law

Jon Law

W poprzedniej części pisaliśmy m.in. o Szkocie Johnie Lawie, który stanął na czele pierwszego w dziejach Francji banku centralnego. Jego polityka monetarna i eksperymenty gospodarcze (wszystko dziwnie przypominające współczesną nam Nowoczesną Teorię Monetarną) doprowadziły ostatecznie do wielkiego zadłużenia kraju, powstania bańki spekulacyjnej akcji Kompanii Missisipi i wysokiej inflacji, co w dłuższej perspektywie spowodowało zaś wybuchu Rewolucji Francuskiej.

Jakie właściwie były prawdziwe powody wspomnianej rewolucji z 1789 r.? Oczywiście w podręcznikach do historii znajdziecie dość naiwną opowieść o złym królu Francji, który ciemiężył swój lud. Prawda była jednak trochę inna. Oczywiście istniał wtedy wyraźny podział społeczeństwa i klasy społeczne, ale rewolucja wybuchła z innego powodu. Kraj bowiem… zbankrutował. Nie chodziło też – co warto dodać – o koszty obsługi dworu, jak często się nam wmawia. Te nadal były – w kontekście całego budżetu – dość niskie. Powodem upadku Francji było po prostu zadłużenie kraju jako takiego i obsługa tego długu.

Francuska gospodarka była też wtedy w opłakanym stanie. Nadal jednak tylko 10 proc. dochodu narodowego szło na utrzymanie słynnego królewskiego dworu w Wersalu. Pod koniec XVIII w. ponad połowę budżetu państwa wydawano już tylko na odsetki od długu. Gdy król przestał je ostatecznie spłacać (nie miał już na to środków), narobił sobie wrogów m.in. w klasie średniej i środowisku bankierów. To też nie chłopi, ale mieszczanie rozpoczęli woltę, która przeszła do historii jako Rewolucja Francuska. W Zgromadzeniu Narodowym w 1789 r. blisko połowa osób pochodziło z tego właśnie stanu.

Chcąc ratować gospodarkę, podjęto jednak najgłupszą możliwą decyzją: wyemitowano nowe papierowe pieniądze, które miały teoretycznie zabezpieczenie w części majątku, który zarekwirowano wcześniej szlachcie. Z jakim efektem? Niezbyt dobrym. Po kolei jednak…

Niestety rewolucjoniści może i przejęli ostatecznie całą władzę (król, jak wiemy, dokonał żywota na gilotynie), ale – jak się okazało – nie znali się na gospodarce. Budżet nadal był dziurawy: więcej z niego wypływało, niż do niego wpływało. Nowa elita bała się zaś wprowadzenia nowych podatków, bowiem poznała już, co oznacza rozwścieczony tłum. Ceny zaczynały mocno rosnąć, brakowało pieniędzy na opłatę wojsk, które powinny bronić kraju przez sąsiadami, którzy z kolei postanowili wykorzystać słabość Francji, ale też zatrzymać woltę, by ta nie rozlała się na resztę Europy.

Jak więc wyjść z takiego problemu? Uruchomiono… tak, ponownie prasy drukarskie. Tyle że nowe banknoty nie miały jednak już pokrycia w czymkolwiek. Francuzi produkowali czystą walutę fiducjarną, opartą na wierze w niepewnie działający rząd.

Efekt? Jeszcze wyższa inflacja! W 1793 r. za funt mięsa płacono już aż 20 sou (cztery lata wcześniej tylko 6). Francuzi myśleli, że w odpowiedzi wystarczy wprowadzić ceny maksymalne. Gdy tego dokonali, wtedy z kolei towar zaczął znikać ze sklepów, kwitł zaś czarny rynek. Pewien Francuz z Lyonu zapisał w swoim dzienniku pod koniec 1793 r., że “nie ma tu żywności nawet na dwa dni”. Parę dni później sytuacja stała się już “rozpaczliwa”.

Na rynku monety posiadały faktycznie zupełnie inne wartości niż nominalne na nich wybite. Sumy groszowe musiano wręcz drukować jako banknoty. Ludzie nie chcieli też przyjmować rewolucyjnej waluty do tego stopnia, że za takie wykroczenie – niechęć do przyjmowania francuskiej waluty – karano już śmiercią. Nic to jednak nie pomogło. W 1795 r. banknoty był już warte jedynie 10 proc. swojej nominalnej wartości (tak jakby dziś 10 zł w waszym portfelu było warte 1 zł). Prasy drukarskie wyprodukowały zaś ostatecznie banknotów na sumę ponad 45 mld franków.

W roku kolejnym banknoty były już warte 1 proc. nominalnej wartości.  Koniec nie mógł być inny. Dokładnie 19 lutego publicznie zniszczono prasy drukarskie służące do emisji pieniędzy. Kres kryzysowi przyniosły dopiero wojny prowadzone przez Napoleona. Jak wiadomo, wojna jak nic innego potrafi rozruszać gospodarkę…

Wszystko to, co miało miejsce wtedy we Francji, sprowokowało na świecie debatę o przyczynach wzrostów cen. W historii ekonomii spór ten jest określany jako konflikt bulionistów i antybulionistów.

Bulioniści vs antybulioniści

cena złotaCzym różniły się te dwie grupy? Oczywiście swoim spojrzeniem na pieniądz, a konkretnie tym, jak pieniądz i podejście do niego urzędników i władz wpływa na rynki, zwłaszcza pod kątem skoku czy spadku cen.

Antybulioniści twierdzili, że ceny nie rosną z powodu błędnej polityki monetarnej, ale przez wojny czy nieurodzaj. Robert Torres (żył w latach 1780 – 1864) w pracy „Essay on Money and Paper Currency” z 1812 r. nakreślił główne założenia tej idei.

Dekadę wcześniej swoje argumenty przedstawił zaś Henry Thorton, który z kolei był znanym bulionistą. Nie poprzestawał jednak na wykazywaniu zależności między ilością pieniądza w obiegu a poziomem cen. Analizował również mechanizmy takiej zależności. Uważał, że ilość pieniądza na rynku mogła oddziaływać na ceny przez stopy proc. Innymi słowy sądził więc, że pieniądz jako taki jest narzędziem o neutralnym charakterze. Winą za skoki cen należy obarczać bankierów i polityków.

Debatę obu grup podsumował w XIX w. ekonomista Dawid Ricardo, który stanął jednak po stronie bulionistów. Zaprojektował równanie:

MV = PT,

gdzie M to ilość pieniądza, V szybkość obiegu, P poziom cen, a T oznacza liczbę zawieranych transakcji.

Ricardo uważał też, że ilość banknotów, jakie emituje władza, musi być uzależniona od zasobów kruszców, które są w posiadaniu danego kraju. Znaczenie wymienialności na złoto widział w szczególności w handlu międzynarodowym. W wymianie wewnątrzkrajowej nie stanowiło to jego zdaniem dużego znaczenia. Tym samym postulował oparcie emisji walut na złotym standardzie (Gold Bullion Standard). Pokrycie miały stanowić jednak nie złote monety, ale zawsze tylko złote sztaby. Dlaczego akurat tak? Chodziło o wykluczenie z wymienialności banknotów na złoto zwykłych obywateli, dla których wartość jednej sztaby była astronomiczna. Gdyby jako fundamentu użyto monet, przeciętny obywatel mógłby swobodnie wymieniać swoje banknoty na kruszec, co z kolei prowadziłoby do odpływu tego ostatniego ze skarbca banku centralnego. Trudno wyobrazić sobie polityków i bankierów centralnych, którym ten pomysł mógłby się spodobać…

CDN.

geco-one-bitcoin-trading

rozliczanie kryptowalut rozlicz kryptowaluty

Satsback bitcoin cashback

Black Friday Promotion