Polska zostanie sama z Bułgarią. W czwartek Sejm głosuje, czy polskie giełdy i kantory wypadają z rynku
Michał NalewajkoRedaktor Bitcoin.pl

- Cztery konkurencyjne projekty ustaw o kryptoaktywach trafiły we wtorek do Komisji Finansów Publicznych, drugie czytanie zaplanowano na czwartek 14 maja
- Bez polskich przepisów do lipca 2026 rodzime giełdy stracą możliwość uzyskania licencji CASP i wypadną z rynku, a wejdą firmy z innych krajów UE
- Polska i Bułgaria to dwa ostatnie kraje Unii, które nie wdrożyły rozporządzenia MiCA, mimo że obowiązuje ono bezpośrednio od 30 grudnia 2024
- W tle leży osobny projekt PiS o całkowitym zakazie obrotu kryptoaktywami z karą do 10 lat więzienia, który nie wszedł do harmonogramu wtorkowej debaty
Mamy 13 maja, a polski rynek krypto stoi przed datą graniczną, której nie da się przesunąć. We wtorek 12 maja Sejm rozpatrzył w pierwszym czytaniu cztery projekty ustaw o rynku kryptoaktywów. Rządowy, prezydencki, poselski Polski 2050 i poselski Konfederacji. Wszystkie trafiły do Komisji Finansów Publicznych. W czwartek 14 maja ma się odbyć drugie czytanie, a po nim głosowanie. To trzecia próba uregulowania tego rynku w ciągu kilku miesięcy. Dwie poprzednie ustawy rządu zawetował prezydent Karol Nawrocki.
Sytuacja byłaby gorzkim politycznym sporem jak każdy inny, gdyby nie jeden konkret, który zmienia stawkę. Od 1 lipca 2026 wszystkie giełdy, kantory, dostawcy usług przechowywania kryptowalut, brokerzy i emitenci stablecoinów muszą mieć licencję CASP, czyli Crypto-Asset Service Provider, żeby legalnie działać na europejskim rynku. Tę licencję wydaje krajowy organ nadzorczy. W Polsce miałaby to być Komisja Nadzoru Finansowego.
Problem polega na tym, że KNF nie ma podstawy prawnej, żeby tę funkcję pełnić. Bo polskiej ustawy o rynku kryptoaktywów wciąż nie ma. Ostatnie dwa podejścia rządu zostały zawetowane przez Nawrockiego. Jak ostrzega sama KNF w komunikacie cytowanym przez CyberDefence24, jeśli polskie przepisy nie wyznaczą właściwego organu nadzorczego, polskie podmioty utracą możliwość świadczenia usług w zakresie kryptoaktywów do czasu uzyskania zezwolenia, a uzyskać go nie będzie gdzie. Możliwa będzie tylko transgraniczna działalność firm, które uzyskałyby licencję w innym kraju członkowskim. Mówiąc wprost, polskie giełdy wypadną z rynku, a wejdą zagraniczne. Polska i Bułgaria są dziś dwoma jedynymi krajami Unii, które nie wdrożyły MiCA. Przypomniał o tym we wtorek z sejmowej mównicy poseł Adam Gomoła z Polski 2050, porównując sytuację branży do "wypalonej trawy".
Cztery projekty na stole. Każdy inaczej rysuje granice nadzoru państwa
Projekty rządowy i prezydencki są w dużej mierze zbieżne, oba implementują MiCA i wyznaczają KNF jako organ nadzoru. Różnice są jednak istotne. Projekt rządowy liczy 168 artykułów i 106 stron, prezydencki 170 artykułów i 108 stron. Obie wersje przewidują, że KNF mogłaby blokować rachunki pieniężne lub kryptoaktywów, a także wstrzymywać określone transakcje na 96 godzin z możliwością przedłużenia. Rząd chce, by maksymalna blokada nie przekraczała 6 miesięcy. Prezydent proponuje skrócenie tego okresu o połowę, do 3 miesięcy, i dodatkowo wymóg uprzedniej zgody sądu na przedłużenie blokady. Tego w projekcie rządowym nie ma.
Drugi punkt sporny to wysokość kar. Projekt rządu jest bardziej restrykcyjny. Za świadczenie usług kryptowalutowych bez wymaganych uprawnień grozi do 8 lat pozbawienia wolności i grzywna do 20 mln złotych. Za emisję kryptoaktywów bez zgłoszenia do KNF grzywna do 15 mln złotych albo kara do 3 lat więzienia, albo obie kary łącznie. Sankcje administracyjne przy najpoważniejszych naruszeniach MiCA mogą sięgać 30 mln złotych. Prezydent proponuje niższe stawki.
Projekt Polski 2050, przedstawiony przez Adama Gomołę, w 99,9% bazuje na rządowym, ale ogranicza zakres ingerencji państwa w trzech obszarach i wprowadza istotny dodatek. Banki mogłyby świadczyć usługi w zakresie kryptoaktywów w ramach wydzielonej jednostki organizacyjnej. To otwiera furtkę, której rząd nie chciał otworzyć.
Czwarty projekt, Konfederacji, to wyjątek. Liczy 14 stron i jest minimalistyczny, realizuje wyłącznie wymogi unijne, tak zwane "UE+0". Dla porównania, projekt rządowy ma ponad 100 stron. Poseł Sławomir Mentzen, prezentując we wtorek tę propozycję, zarzucił rządowi i PiS, że "nie mają zielonego pojęcia, nad czym głosują". Premier Donald Tusk kojarzy kryptowaluty głównie z "ruską mafią". Jarosław Kaczyński chce ich po prostu zakazać. Konfederacja proponuje wdrożyć tylko to, co obowiązkowe. I szczerze mówiąc, z perspektywy branży to jedyny projekt, który traktuje MiCA jako zło konieczne, a nie pretekst do dorzucenia własnych pomysłów.
Projekt PiS o zakazie istnieje, ale leży osobno
W harmonogramie wtorkowych obrad pojawił się punkt o piątym projekcie, autorstwa PiS, ale druk odsyłał do wersji wycofanej. W poniedziałek 11 maja partia wycofała swoją wcześniejszą propozycję i tego samego dnia złożyła nową, znacznie radykalniejszą, pod numerem RPW/16436/2026. Przewiduje całkowity zakaz prowadzenia działalności w zakresie kryptoaktywów na terytorium Polski. Posiadanie kryptowalut byłoby dozwolone, ale wszelkie formy organizowania obrotu nimi zakazane. ABW na żądanie prezesa UOKiK mogłaby blokować rachunki w ciągu 24 godzin. Operatorzy telekomunikacyjni musieliby blokować dostęp do stron. Za prowadzenie działalności groziłoby od 6 miesięcy do 10 lat więzienia. Firmy miałyby 2 miesiące od wejścia ustawy w życie na zwrot wszystkich środków klientom. Pod projektem podpisało się 17 posłów PiS, w tym szef klubu Mariusz Błaszczak i Jacek Sasin.
Premier Tusk skomentował projekt jednym zdaniem, jakie pamiętam z X: "KryptoPiS od ściany do ściany, głupi czy pijany". Janusz Kowalski, były poseł PiS, napisał wprost, że taki pomysł to "woda na młyn dla Tuska" i prezent dla Konfederacji. Mateusz Morawiecki publicznie powiedział, że "nie możemy odbijać się od bandy do bandy". Grzegorz Płaczek z Konfederacji w RMF FM ocenił, że zakaz "zbliżyłby Polskę bardziej do Chin, Nepalu i Bangladeszu".
Projekt PiS o zakazie nie wszedł do wtorkowej debaty. Co się z nim stanie dalej, dziś nie wiadomo. Ale jego sam fakt zmienia kontekst całego głosowania. Bo trzy z czterech procedowanych projektów zakładają regulację z licencjonowaniem KNF, a czwarty zakładałby likwidację rynku. To różnica nie do uzgodnienia.
zondacrypto w tle, czyli pretekst do regulacji, której i tak musimy wdrożyć
W każdej z wtorkowych wypowiedzi sejmowych przewijała się jedna nazwa. zondacrypto. Wiceminister finansów Jurand Drop mówił o "eldorado dla oszustów". Sławomir Nitras z KO uderzał w PiS, że kancelaria prezydenta walczy o łagodniejsze kary "dla przestępców kryptowalutowych". Zbigniew Kuźmiuk, przedstawiciel wnioskodawców z PiS, próbował odbić piłkę i przypomniał coś, o czym sam wielokrotnie pisałem na łamach Bitcoin.pl. zondacrypto to estońska spółka, BB Trade Estonia OU, działająca na licencji estońskiej i podlegająca tamtejszemu nadzorowi. Polska ustawa o MiCA, gdyby weszła w życie wcześniej, nie chroniłaby polskich klientów Zondy automatycznie, bo ta giełda nie odpowiada bezpośrednio przed polskim regulatorem.
I tu trzeba zachować zimną głowę. Politycy każdej opcji używają afery zondacrypto jako paliwa do wzmocnienia własnych projektów. Rząd chce uzasadnić nią ostrzejsze kary i szersze uprawnienia KNF. Prezydent broni łagodniejszej wersji, twierdząc, że nadmiar regulacji nikogo nie ochronił. PiS używa Zondy jako koronnego dowodu, że krypto trzeba w ogóle zakazać. Każda z tych narracji jest wygodna politycznie, ale żadna nie zmienia podstawowego faktu. Skuteczne narzędzia przeciw transgranicznym oszustwom istnieją na poziomie unijnym, nie krajowym, a polska ustawa o MiCA to przede wszystkim formalność proceduralna, dzięki której polskie giełdy mogą w ogóle dalej działać. Reszta to dodatki, które każda partia próbuje doczepić po swojemu.
Według mnie warto powiedzieć to wprost. MiCA nie jest dobrym prawem dla branży. To biurokratyczne, ciężkie rozporządzenie, które winduje koszty wejścia na rynek, zwiększa wymogi raportowe i daje regulatorowi narzędzia, które w niewłaściwych rękach mogą zostać użyte do dławienia konkurencji. Ale MiCA już obowiązuje. To jest dane, nie wybór. I dla polskiego rynku pytanie nie brzmi "MiCA czy wolny rynek". Brzmi "MiCA z polskim nadzorem, gdzie polskie giełdy mogą się ubiegać o licencję, czy MiCA bez polskiego nadzoru, gdzie polskie giełdy nie istnieją, a wchodzą firmy z Niemiec, Francji i Litwy". To jest wybór między złem koniecznym a większym, pogrążającym polskich przedsiębiorców. Nie ma trzeciej opcji.
Co realnie może wydarzyć się w czwartek
Komisja Finansów Publicznych w środę i czwartek pracuje nad sprawozdaniem. W czwartek po południu odbędzie się drugie czytanie wszystkich czterech procedowanych projektów. Następnie głosowanie. Po sejmowych głosowaniach z grudnia 2025 i kwietnia 2026 wiemy, jak rozkłada się układ sił. Koalicja rządowa (KO, PSL, Polska 2050, Lewica, Razem) ma stabilne 240-243 głosów za ustawą wdrażającą MiCA. PiS i Konfederacja głosują przeciw, choć z różnych powodów: PiS chciałby zakazać, Konfederacja uważa, że projekt rządowy to nadregulacja. Sejm ustawę uchwali, prawie na pewno w wersji rządowej.
Realne pytanie nie brzmi "czy Sejm uchwali ustawę". Pytanie brzmi: czy prezydent Nawrocki ją podpisze. Bo jeśli zawetuje po raz trzeci, a koalicja nie zdoła zebrać 276 głosów do odrzucenia weta (a dotąd zbierała 243), to za sześć tygodni polski rynek krypto wpadnie w próżnię prawną na własną stratę. Klienci nadal będą mogli kupować i sprzedawać kryptowaluty, ale na zagranicznych giełdach. Polski podatek dochodowy nadal będzie się płaciło. Polski budżet straci wpływy z opłat nadzorczych, które zgodnie z projektem mają wynosić 0,4-0,5% przychodów branży. Polskie miejsca pracy i polski rynek innowacji finansowych po prostu wyparują, a klienci trafią pod jurysdykcję tych samych firm zagranicznych, których działań Polska i tak nie kontroluje.
Według mnie to jest moment, w którym trzeba odłożyć polityczne emocje na bok. Nie dlatego, że MiCA jest dobra. Tylko dlatego, że MiCA już obowiązuje i nie ma od niej ucieczki, dopóki Polska jest w Unii. Spór o to, jak ją wdrożyć, ma sens. Spór o to, czy w ogóle ją wdrożyć, jest stratą czasu, której branża nie ma. Jest 13 maja, do 1 lipca zostały siedem tygodni, a po polskiej stronie nie ma jeszcze ustawy. To są realne tygodnie, w których polskie giełdy nie wiedzą, czy za półtora miesiąca będą mogły legalnie obsługiwać polskich klientów.
Jutro Sejm prawdopodobnie ustawę uchwali. To, co stanie się w ciągu kolejnych 21 dni, czyli w terminie konstytucyjnym na podpis prezydenta, zdecyduje, czy 1 lipca polskie giełdy obudzą się z licencją CASP, czy z perspektywą zwijania działalności na własnym rynku.
Trzymam kciuki, ale realistycznie. Ta historia nie skończyła się we wtorek i nie skończy w czwartek. Najważniejsze rozdanie czeka nas w Belwederze.
O autorze
Michał Nalewajko
Interesuję się nowymi technologiami, kryptowalutami i AI. Nie uważam, że "kiedyś to było", tylko że "kiedyś to będzie" ;) W wolnym czasie podróżuję, gram w planszówki i gry wideo.

Poprzedni
Mafia tambowska, 13 terabajtów danych i 2 tysiące zawiadomień. Prokuratura ujawnia kulisy śledztwa zondacrypto

Następny
Płacisz podatki w Polsce? Sprawdź, co należy Ci się w zamian
Chcesz być na bieżąco? Zaobserwuj nas w
ObserwujGoogle News
Newsletter Bitcoin.pl
Najważniejsze newsy i insiderskie informacje prosto na Twój email.
Dbamy o ochronę Twoich danych. Polityka Prywatności

